Wydawało się, że najbardziej zasłużony i niedoceniony zarazem współtwórca postaci Bruce’a Wayne’a już nigdy nie doczeka się sprawiedliwości. A jednak tydzień przed „Dniem Batmana”, który odbył się w ostatnią sobotę września, DC Comics i Warner Bros. postanowili uczynić zadość zarówno rodzinie Billa Fingera, jak i lepiej poinformowanym entuzjastom popkultury. Bill Finger zostanie tym samym uwzględniony jako pełnoprawny współautor kluczowych postaci bat-uniwersum w napisach końcowych „Batman v. Superman. Świt sprawiedliwości”, jak również drugiego sezonu serialu telewizyjnego „Gotham” oraz w przyszłych komiksach. Przyzwoitość i prawość koniec końców zatriumfowały, nawet jeśli trzeba było na nie czekać… 76 lat.

Kim był Bill Finger?

Historia życia Billa Fingera jest dziś jedną z legend stanowiących fundament amerykańskiego przemysłu komiksowego. Stanowi ona przestrogę dla wszystkich twórców chcących parać się opowiadaniem obrazem w sposób godziwy i uczciwy. Finger nie otrzymał za swego życia ani jednego, ani drugiego. W dużej mierze spowodowane było to jego uległością oraz brakiem charakteru, tak ważnym w relacji nie tyle z wydawcą, co z przebiegłym i cwanym współautorem. Człowiekiem, którego dobrodusznie zwał przyjacielem, choć w żaden sposób nie zasługiwał na to miano.

W telegraficznym skrócie – Finger wymyślił od zera kluczowe motywy i postacie dla uniwersum Batmana. Gdyby nie on, Batman byłby obecnie blond herosem w domino masce, czerwonym kubraczku i ze sztywnymi skrzydłami nietoperza, „imitującymi” machinę latającą Leonarda Da Vinci. To dzięki niemu posępny mściciel egzystuje w mieście Gotham. To on stworzył od podstaw Robina, komisarza Gordona. Współtworzył Jokera, jak również Pingwina, Człowieka-Zagadkę, Kobietę-Kota, Stracha na Wróble, Dwie-Twarze i Calendar Mana. Mimo tak ogromnych zasług, Kane za jego plecami podpisał lukratywną umowę, wedle której to właśnie jemu po wsze czasy przypisywane będzie stworzenie Batmana. Tym bardziej jest to podłe zachowanie gdy uświadomimy sobie, że połowa komiksów rysowanaych przez Kane’a tak naprawdę nie zawiera ani jednej jego kreski – były one wytworem rysowników-widmo, pracujących w latach 40. na jego zlecenie.

W komiksowym biznesie przez wiele, wiele lat była to tajemnica poliszynela z prawdziwego zdarzenia. Wszyscy o tym wiedzieli, nikt głośno nie mówił. Gdy Tim Burton pracował nad legendarną adaptacją przygód Batmana, choćby wtedy Bob Kane nie ugiął się i nie poprosił DC Comics o pośmiertne dopisanie Fingera do listy płac filmowej produkcji. Nie traktował go jak równego sobie. Bardziej jako narzędzie, instrument. Oręż do kreowania klasycznych dziś historii.

Kapuściński by powiedział, że dla Kane’a nie było ludzi – była sprawa do załatwienia. Z globalnego sukcesu Batmana spijał śmietankę niczym zadufany w sobie celebryta. A jeśli ktoś wchodził z nim w polemikę odnośnie ojcostwa Batmana to mógł liczyć na jego uszczypliwość z nawiązką buractwa.

Swego czasu jedynie Jim Steranko – legendarny rysownik i historyk komiksu – miał odwagę uderzyć Kane’a w twarz na jednym z konwentów komiksowych w San Diego za doznane poniżenie, gdy próbował dociekać w kwestii udziału Fingera w procesie twórczym.

Bill Finger a walka o prawo do autorstwa

Tak naprawdę walkę o zadośćuczynienie Fingera rozpoczął 10 lat temu popkulturowy dziennikarz Marc Tyler Nobleman, który poprzez picture booka „Cudowny chłopak Billy. Nieznany współtwórca Batmana” oraz serię tekstów i wykładów popularyzował jego gorzką historię. Wywołało to z biegiem lat coraz większy szum – zarówno znawcy tematu poprzez mainstreamowe media, jak i fani za pośrednictwem Internetu zaczęli udostępniać wyniki badań i poszukiwań Noblemana. Jego determinacja sprawiła skądinąd, że odnalazł wnuczkę Billa Fingera o imieniu Athena. Ta nauczycielka matematyki w college’u, mając na względzie wiedzę o swojej rodzinie i wyrządzonej krzywdzie, mogła ubiegać się o prawa do uzyskiwania tanitem wobec DC Comics. Nawet utworzono specjalną sztukę teatralną odgrywaną w USA a w trakcie realizacji jest film dokumentalny poświęcony Billowi Fingerowi.

Mimo tak dużego oddźwięku w sieci, DC Comics wraz z Warner Bros. sprawiało wrażenie niewzruszonych coraz większą świadomością społeczną na temat prawdziwych okoliczności stworzenia Batmana. Niczym Piłat umywali od sprawy ręce, nie potrafili konkretnie wyrazić swojego zdania i działania w niniejszej sprawie. Czara goryczy jednak przelała się tutaj z dwóch powodów. Po pierwsze, DC pomogło rodzinie Kane’a współfinansować gwiazdę Boba Kane’a na alei sław w Hollywood za 30 tys. dolarów, nie wspominając przy tym w żaden sposób o osobie Billa Fingera. Po drugie natomiast, na konwencie Wondercon rok temu jedna z osób reprezentujących komiksowy koncern przyznała, że relacje pomiędzy wydawnictwem a rodziną Fingera są utrzymane na dobrym poziomie i nie ma w zasadzie żadnych zgrzytów.

Gdy Athena usłyszała o powyższej nowinie za sprawą Internetu, nie wahała się ani chwili i wystosowała stosowną ripostę na wspaniałomyślne samopoczucie osób zarządzających popkulturowym przemysłem. Od tamtego momentu DC Comics oraz Warner musieli coś zrobić z kwestią autorstwa Batmana, zwłaszcza że komiksowy potentat mierzy się obecnie z poważnymi kłopotami – ucięcie budżetu o 2 miliony dolarów, zwolnienie 90 pracowników, pogłoski o nagannym traktowaniu legendarnych twórców, odejścia talentów scenariuszowych i rysowniczych z powodu redaktorskich niesnasek. Ogólnie rzecz mówiąc, w interesach DC idzie nie najlepiej a zły PR był w żaden sposób niewskazany i szkodliwy. Był niczym oliwa dolewana do jeszcze nie ugaszonego pożaru.

Tym samym „Dzień Batmana” można odczytywać jako przejaw wielkiego sukcesu w zasadzie nas wszystkich – nie dość, że ustanowiono ogólnoświatową imprezę na cześć obrońcy Gotham – która wielce prawdopodobne będzie celebrowana co roku – to jeszcze sam wydawca tego superbohatera mógł pokazać się w dobrym świetle jako podmiot respektujący historię, fanów, czytelników, odbiorców. Jednocześnie nie miał kto bronić Boba Kane’a, wszyscy jakby już byli dostatecznie zmęczeni jego hipokryzją. Nawet jego wieloletni przyjaciel Stan Lee, współtwórca Spider-Mana i X-Menów, nie podzielił się opinią w tej sprawie, gdyż ma na głowie sądowe zarzuty ze strony swego asystenta o mobbing i praktykowanie przemocy psychicznej. Niemniej rzeczywistym zwycięzca tutaj jest Marc Tyler Nobleman i rzesza dziennikarzy, ekspertów i blogerów, którzy poświęcili się dla głoszenia prawdy o Billu Fingerze. Ja sam zaliczam się do tego szacownego grona i w tym miejscu pragnę podziękować Marcowi za docenienie mojego wysiłku pośród polskiej opinii publicznej.

Mimo pozytywnego końca sprawy Billa Fingera, pośród fanów komiksów nadal można odnaleźć osoby, które żądają całkowitego usunięcia Boba Kane’a z znanego już powszechnie napisu „Postać Batmana stworzona z Boba Kane’a”. Taki radykalizm moim zdaniem jest niestosowny i nie na miejscu. Ostatecznie tak naprawdę nie wiemy, co się działo na kilka miesięcy przed wydanie kultowego już 27 zeszytu Detective Comics w 1939 roku a poszczególne wersje zdarzenia znamy wyłącznie z relacji. Nikt nie miał wtedy świadomości, jak wielką sławą obrośnie legenda Batmana i nikt nawet nie myślał o kolekcjonowaniu wszelkiej dokumentacji świadczącej o procesie tworzenia tego superherosa. W tamtych czasach nie było zresztą kultury pozwalającej tworzyć dokumenty z cyklu „The making of”, za sprawą których twórcy wspominają swoje trudy i znoje związane z rzeźbieniem swoich opowieści, emitowanych czy to w telewizji lub dzięki DVD.

Sprawa Billa Fingera a prawo własności intelektualnej

W rzeczywistości narodziny Batmana w mniejszej lub większej mierze będą stanowić domysły, przypuszczenia a wszelkiego typu relacje poszczególnych autorów stanowią jedynie jedno z wielu oblicz prawdy. Stąd tak trudne i intrygujące zarazem są sprawy związane z własnością intelektualną, odgrzebywane po latach. Dlatego też kompromis w postaci oddania cesarzowi co cesarskie, a Bogu co boskie jest jednym możliwym i słusznym postawieniem kropki nad i. A zmarłych pozostawmy w spokoju i nad trumnami niech już cisza zapadnie. Sprawiedliwości w końcu stało się zadość i jak się okazuje nigdy nie jest na nią za późno.

PS. Skoro o trumnach mowa to w sumie dobrze, że H. P. Lovecraft spokojnie spoczywa na cmentarzu Swan Point w Providence, Rhode Island. Gdyby żył to pozwałby DC Comics za wykorzystywanie nazwy „Arkham”. Wtedy by dopiero było…

***

Zobacz także: Współpraca a utwór współautorski. Jakie prawa mają współtwórcy dzieła?

Fot.: Ty Templeton, fragment „Bill the Boy Wonder: The Secret Co-Creator of Batman”