Fani Neila Gaimana – autora poczytniejszych książek z literatury popularnej – będą niebawem mieli powód do świętowania. Już w przyszłym roku, po ponad dwudziestu (!) latach, zostanie ukończona jego historia o Miraclemanie – legendarnym, choć nieco zapomnianym już superbohaterze. Zupełnie niesłusznie zresztą, gdyż opowieść o Cudownym Człowieku to jedna z najbardziej nieprawdopodobnych i zawiłych historii w przemyśle komiksowym. Co ciekawe, jej lwia część rozgrywała się w sądzie.

Miracleman – tło historii

Żeby w pełni zrozumieć sprawę Miraclemana, trzeba cofnąć się w czasie do okresu raczkowania komiksu superbohaterskiego jako gatunku. Gdy Superman pojawił się po raz pierwszy w „Action Comics” (Vol. 1) #1 i zaczął bić rekordy popularności od 1938 roku, wiele osób chciało wykorzystać jego sławę dla własnego zysku. Na rynku zaczęli się pojawiać nowi superherosi, łudząco podobni do Człowieka ze Stali w kontekście aparycji, mocy i genezy narodzin (tzw. origin story). Detective Comics wraz z National Comics Publications (czyli przyszłe DC Comics) postanowiły ukrócić ten proceder pozwami sądowymi. Wydawnictwo Fox Feature Syndicate zostało oskarżone o plagiat Supermana za postać Wonder Mana, a Fawcett Publications za bezprawne kopiowanie cudzych pomysłów w komiksach o Master Manie. National Comics Publications nie poprzestało jednak na tym i pozwało Fawcett Publications ponownie do sądu, tym razem za postać Captain Marvela – jak się niebawem okaże „dziadka” głównego tematu tego tekstu. To zaskarżenie dla właścicieli praw do Kryptonijczyka było bardzo ważne, albowiem Kapitan Marvel cieszył się dużą popularnością wśród młodych chłopców na początku lat 40. i miał wszelkie predyspozycje zagrozić sławie Clarka Kenta.

Superman a Kapital Marvel – podobieństwa i różnice

Zwykłe wezwanie do zaprzestania naruszeń nieoczekiwanie rozciągnęło się na 12-letnią batalię, do której prawnicy specjalizujący się w prawie autorskim do dzisiaj odwołują się w kontekście procederów związanych ze światem komiksu. Fawcett Publications uparcie broniło się przed oskarżeniami National Comics Publications. Argumentowali swoją postawę tym, że Kapitan Marvel jest pełnoprawną, oryginalną postacią stworzoną na odrębnych zasadach. I faktycznie, gdyby tak spojrzeć bliżej, przygody tych dwóch herosów różnią się nie tylko atmosferą, ale także sposobem prowadzenia narracji. Superman jest istotą pozaziemską z upadłej cywilizacji, popową wersją Mojżesza. Swoje niezwykłe umiejętności zawdzięcza działaniu Słońca a za dnia ukrywa się w przebraniu reportera-fajtłapy. Z kolei Kapitan Marvel to dwunastoletni chłopiec obdarowany nadludzkimi mocami przez pradawnego maga. Każdy z jego atrybutów odwoływał się do mitycznych bogów i herosów znanych z obrębu mitologii śródziemnomorskiej. Podobieństwa były więc tylko zewnętrzne, czyli w posturze ciała i posiadanych mocach, jak również w wykonywanym przez bohaterów zawodzie. Pomimo silnej argumentacji i doprowadzenia sprawy aż do drugiej instancji sprawa zakończyła się niekorzystnie dla twórców Kapitana Marvela. Sąd oskarżył Fawcett Publications o naruszenie praw własności intelektualnej National Comics Publications. W obliczu bezwzględnej porażki Fawcett postanowił zrezygnować z dalszej walki i zaakceptował orzeczenie sądu. Serię „Captain Marvel Adventures” anulowano, tak jak i zlikwidowano dział komiksowy wspomnianego wyżej wydawnictwa.

„Shazam” vs „Kimota”

Dla angielskiego przedsiębiorcy Lena Millera i jego firmy L. Miller & Son, Ltd. wieść o niepowodzeniach Fawcett była przerażająca, by nie powiedzieć druzgocąca. Miller żył z tego, że w Wielkiej Brytanii wydawał czarno-białe przedruki z przygodami Kapitana Marvela, cieszące się nawet niezłym powodzeniem. Zamiast jednak zakończyć pewien rozdział w swoim życiu wpadł na cwany pomysł. Wraz z składającym książki Mickiem Anglo w roli scenarzysty i rysownika, Miller przemianował Marvela na Marvelmana i analogicznie postąpił z postaciami drugoplanowymi oraz antagonistami jego uniwersum. Mało tego, dla zachowania czytelników „przerobił” minimalnie loga i czcionki Fawcett dla własnego użytku. Czytelnik miał dzięki temu wrażenie, że historia jest kontynuowana, choć pod innym szyldem oraz innym tytułem. Pisząc po młodzieżowemu, Marvelman był już totalną „zrzynką” Kapitana Marvela – bruneta zamieniono na blondyna, magię na energię atomową. O ile Kapitan musiał wypowiedzieć słowo „Shazam!” aby przemienić się w umięśnionego herosa w szkarłacie to Marvelman wykrzykiwał „Kimota”, stanowiące słowo „atomic” wspak.

Marvelman kopią Kapitana Marvela?

Aż się prosiło, aby odpowiednie osoby zza oceanu posiadające prawa do Supermana wytoczyły sprawę L. Miller & Son, Ltd., prawda? Tak się jednak nigdy nie stało. Do dzisiaj nie wiadomo, dlaczego. Według niektórych ekspertów, sprawa sądowa prowadzona na styku prawa amerykańskiego i anglosaskiego byłaby zbyt skomplikowana i wiązałaby się z wieloletnią, skomplikowaną dysputą. Inni podkreślali bierność Fawcett, która sprowadziła komiksy na trzeciorzędny plan w swoim biznesplanie. Tymczasem u Brytyjczyków Marvelman miał się całkiem dobrze. Sprzedaż zadowalała na tyle, że Miller skusił się nawet na zagraniczne przedruki dla Brazylii, Włoch oraz Australii. Komiksy te były dość popularne w Wielkiej Brytanii do 1959 roku, kiedy to wprowadzono prawo umożliwiające import amerykańskich komiksów do Anglii. Czarno-białe komiksy nie mogły długo konkurować z kolorowymi odpowiednikami a Miller zmuszony został do likwidacji kolejnych tytułów i odgrzewania starych kotletów w postaci ponownej publikacji znanych czytelnikom historii. Wegetacja trwała do 1963, kiedy L. Miller & Son, Ltd. ogłosiło definitywne bankructwo. W międzyczasie okazało się, że nie wiadomo kto formalnie posiada prawa do Marvelmana. Zwłaszcza, że trzy lata przed wspomnianym bankructwem Miller zerwał współpracę Mickiem Anglo. Wzburzony Anglo postanowił zagrać na nosie swemu byłemu partnerowi, przekopiowując historie z Marvelmana i okraszając je tytułem „Captain Miracle”. Na jego korzyść działała ówczesna, brytyjska mentalność – W latach 50. nie respektowano prawa własności intelektualnej w Wielkiej Brytanii. Anglo rozprowadzał swoje komiksy pod szyldem Anglo Comics, jednocześnie otwarcie i bezpardonowo przyznawał się do stworzenia Marvelmana. Jeśli dobrze się przyjrzymy stronom z wydań archiwalnych, zauważymy na niektórych z nich wydrukowany małą czcionką napis „© Mick Anglo”. Samo to spostrzeżenie w jakiejś mierze uwiarygodnia postawę tego autora, redaktora i wydawcy w jednym.

Powrót Marvelmana i początek ery wojownika

Marvelman powrócił nieoczekiwanie w 1982 roku (po prawie dwóch dekady przerwy), kiedy to były redaktor brytyjskiego oddziału Marvela Dez Skinn postanowił wydawać własny magazyn komiksowy „Warrior”. Odrodzenie atomowego herosa wynikało z sentymentu. Skinn uwielbiał za młodu zaczytywać się w perypetiach blond bohatera a dodatkowo chciał na początek, aby w jego czasopiśmie pojawiały znane, uformowane pośród brytyjskich fanów postacie. Dez Skinn chciał zabezpieczyć swoje prawa, ale pojawił się kłopot z ustaleniem, kto jest pełnoprawnym właścicielem praw autorskich do superbohatera. Żaden stosowny dokument nie istniał, po L. Miller & Son, Ltd. nie było już wtedy ani śladu. Jedynie Mick Anglo dał Skinnowi „błogosławieństwo”, by mógł czynić co mu się żywnie podoba.

Prawda jest jednak taka, że żadnej oficjalnej zgody na papierze nie otrzymał. Tak więc Alan Moore – nieznany wtedy nikomu scenarzysta, zawzięcie pragnący zmodernizować Marvelmana wedle własnego uznania – podczas okresu pracy na zlecenie Skinna w rzeczywistości nie miał formalnie prawa przywracać herosa do życia.

Powszechnie reaktywację Moore’a i Skinna uznaje się za pionierską i nowatorską dekonstrukcję superbohatera. Jest to także pierwszy komiks trykotowy o mrocznej, poważnej tonacji, skierowany bardziej do dojrzałego odbiorcy. Można go rozpatrywać wręcz jako jeden z pierwszych rubinów na koronie Alana Moore’a, mianowanego przez czytelników i fanów za najlepszego scenarzystę komiksowego w dziejach medium. To tutaj po raz pierwszy protagonista przedstawiany jest jako zwiastun zagłady dla ludzkości (silna inspiracja dla chociażby „Człowieka ze Stali” Zacka Snydera) a łotrowi, antagoniście nadaje się cechy relatywizujące, przez co momentami czytelnik może odczuwać sympatię wobec niego. Dość powiedzieć, że gdyby nie Miracleman to nigdy byśmy nie przeczytali kolejnych perełek Moore’a, uznawanych obecnie za kamienie milowe komiksów.

Narodziny Miraclemana

Uznanie krytyków i czytelników nie oznaczało jednak braku kłopotów dla Skinna. Z powodu obrzydłej kłótni o honoraria Moore zakończył z nim współpracę, pozostawiając swoją historię odbiorcom w możliwie jak najbardziej szokującym momencie, niewyobrażalnym wręcz punkcie zwrotnym. Po kilku następnych numerach zaś sam „Warrior” upadł z przyczyn finansowych. Skinn, nie mając za wiele do stracenia, postanowił sprzedać licencję na Marvelmana amerykańskiemu wydawcy – wpierw Pacific Comics, a po jej upadku Eclipse Comics. Sęk w tym, że wymagane było wtedy przemianowanie Marvelamana na… Miraclemana. I w zasadzie pozostał nim do dzisiaj. Cały ambaras spowodowany był obostrzeniami prawnymi Marvel Comics, które nie życzyło sobie wykorzystywania nazwy znanej marki w pseudonimie herosa. W szczególności, że już wtedy w uniwersum Spider-Mana egzystował zupełnie odmienny, odseparowany od reszty Kapitan Marvel z pozaziemskiej cywilizacji, nie mający nic wspólnego z tym od Fawcett.

Miracleman w bezpiecznych rękach Eclipse Comics

W 1985 Miracleman odnalazł swoją ostoję w Eclipse Comics. Amerykański wydawca dopilnował publikacji odpowiednich reedycji na swoim rynku i dogadał się z samym Moore’m, aby ten dokończył swoje dzieło. Dobito targu w możliwie satysfakcjonujący dla wszystkich sposób– Eclipse dzieliło się z twórcami prawami do postaci tak, że wydawnictwo otrzymywało dwie trzecie zysku ze sprzedaży a autorzy całą resztę. Moore po 16 numerze serii opuścił tytuł i pozostawił go w rękach Neila Gaimana, który wtedy jeszcze lepiej był znany jako dziennikarz i oddany uczeń wielkiego autora „Strażników”.

Wejście McFarlane’a i ustalenie praw do Miraclemana

Gaiman chciał kontynuować wyobrażenia swojego mistrza w bardzo ambitny sposób. Autor „Sandmana” i „Amerykańskich bogów” zadał sobie pytanie – co by było, gdyby superheros o potężnych mocach obwołał się panem Ziemi i rządził nią bezwzględnie? W założeniu ukazano by utopię absolutną, współczesny świat wyrównany przez walec w postaci rządów nietzscheańskiego nadczłowieka, mianującego siebie królem świata. Za sprawą ksiąg o tytułach „Złoty Wiek”, „Srebrny Wiek” i „Mroczny Wiek” (odwołujących się bezpośrednio do poszczególnych epok komiksowych) Gaiman chciał zobrazować świt, rozwój i upadek imperium super-dyktatora. Niestety jednak, plan ten udało się zrealizować jedynie w jednej trzeciej ze względów prozaicznych – Eclipse Comics zbankrutowało w 1994 roku i od tamtego czasu gaimanowska saga nigdy nie doczekała się należytego zakończenia. Do tego firmę wykupił dwa lata później Todd McFarlane za – bagatela – 25 tysięcy dolarów.

McFarlane, jeden z ojców założycieli Image Comics i szef tego przedsiębiorstwa, znany jest generalnie jako najpopularniejszy w historii rysownik Spider-Mana. Co istotniejsze jednak ten utalentowany artysta ma także smykałkę do robienia interesów, promowania komiksu jako języka i sztuki oraz zbierania drogocennych memoriałów baseballowych w wolnym czasie. Gdy w 1996 roku wykupił Eclipse Comics, zadziornie chciał wykorzystać nowe postacie w swoim uniwersum Spawna. Pośród bohaterów był m.in. Miracleman, do którego części praw McFarlane miał uzyskać dostęp w trakcie zakupu upadłego wydawnictwa. Nie spodobało się to Neilowi Gaimanowi, który w 2001 roku założył firmę Marvels and Miracles LLC mającą raz na zawsze ustalić prawa autorskie do postaci Miraclemana. Rok później zaś, przy wsparciu duchowym samego Alana Moore’a, Gaiman pozwał McFarlane’a i podjął się walki o odzyskanie legendarnego herosa. Utalentowanego pisarza motywowało dodatkowo to, że wcześniej McFarlane w sposób bezprawny chciał wykorzystać stworzone przez niego postacie na łamach „Spawna”, w tym samego Miraclemana. To przelało ostatecznie czarę goryczy.

Ciąg dalszy sporu i cudowny szach mat

Spór sądowy toczył się latami i żadna ze stron nie chciała dać za wygraną. Gaiman, żeby zdobyć fundusze na kolejne rozprawy, postanowił zrealizować dla Marvela serię „1602”. W trakcie toczenia się sprawy okazało się zresztą, że Dez Skinn nie miał formalnie zgody od Micka Anglo do zarządzaniem marką Marvelmana/Miraclemana a co za tym idzie wszelkie umowy, transakcje i rozporządzenia od współpracy z Eclipse Comics okazały się kompletnie bezprawne! Nawet McFarlane okazało się, że koniec końców blefował ze swoimi pełnomocnictwami względem superbohatera. Sytuację na zasadzie „gdzie dwóch się bije tam trzeci korzysta” wykorzystał nieoczekiwanie Marvel, który w 2009 roku przybył do Wielkiej Brytanii i wykupił oficjalnie prawa do Miraclemana od Anglo. Tak oto Cudowny Człowiek trafił do krainy cudów.

Miracleman dziś

Od 2014 roku Marvel Comics regularnie przybliża nowym pokoleniom czytelników historię Miraclemana za sprawą wysokiej jakości wydań zbiorczych z nową kolorystyką. Także w zeszłym roku ogłoszono, że Neil Gaiman wreszcie dokończy swoją długo wyczekiwaną opowieść wraz z rysownikiem, który niemal ćwierć wieku temu rysował jego scenariusze. Dodatkowo pisarz wygrał z McFarlanem bój o postacie wytworzone dla periodyku „Spawn”, m.in. Angelę, które następnie sprzedał Marvelowi. Nie trzeba przy tym dodawać, że sprawa pozostawiła skazę na dumie prezesa Image Comics lubującego się w bufonadzie i wywyższaniu się nad innymi, a zwłaszcza nad Marvelem i DC Comics. Z tej perspektywy Dom Pomysłów, ostoja Daredevila i Avengersów, mocno obrugała wizerunek niezależnego wydawcy.

Wygląda przy tym na to, że Miracleman ma zapewnioną przyszłość po wsze czasy dzięki funduszom zagwarantowanym przez koncern Disneya – obecnego właściciela Marvela – a jego perypetie z prawem dobiegły szczęśliwego dla fanów końca. Jest to niespodziewany finał sprawy, która przez wiele, wiele lat uznawano za przypadek beznadziejny, bez happy endu. Te jednak, jak widać, się zdarzają, ku uciesze czytelników lubujących się w wymagających lekturach. Jednak cierpliwość fanów fantastyki nie zna granic, a w przypadku wielbicieli twórczości Neila Gaimana mówimy niemalże o wytrwałości świętego.

***

Korzystałem m.in. z: George Khoury, Kimota! The Miracleman Companion, Raleigh NC 2001; Georga Khoury, The Extraordinary Works of Alan Moore: Indispensable edition, Raleigh NC 2009; Hayley Campbell, The Art of Neil Gaiman, Londyn 2014; Pádraig Ó Méalóid, Neil Gaiman and Todd McFarlane: The Story So Far (March 1993 – May 2012),http://slovobooks.blogspot.com/2012/03/neil-gaiman-and-todd-mcfarlane-story-so.html;https://www.courtlistener.com/opinion/227831/national-comics-publications-inc-v-fawcett-publica/